Niestety słowa ks. Jana Twardowskiego 'Śpieszmy się kochać ludzi tak szybko odchodzą' są jeszcze prawdziwsze w przypadku psów - decydując się na psa człowiek ma zawsze świadomość, że czas pożegnania przyjdzie szybko. O wiele za szybko... A w przypadku Boltona rozstanie przyszło dodatkowo niespodziewanie....
"Ta część nieba nazywana jest Tęczowym Mostem.
Kiedy odchodzi zwierzę, które było szczególnie bliskie komuś, kto pozostał po tej stronie, udaje się na Tęczowy Most. Są tam łąki i wzgórza, na których wszyscy nasi mali przyjaciele mogą bawić się i biegać razem. Mają tam dostatek jedzenia, wody i słońca; jest im ciepło i przytulnie.
Wszystkie zwierzęta, które były chore i stare powracają w czasy młodości i zdrowia; te które były ranne lub okaleczone są znów całe i silne, takie, jakimi je pamiętamy marząc o czasach i dniach, które przeminęły. Zwierzęta są szczęśliwe i zadowolone, z jednym małym wyjątkiem: każde z nich tęskni do tej jedynej, wyjątkowej osoby, która pozostała po tamtej stronie.
Biegają i bawią się razem, lecz przychodzi taki dzień, gdy jedno z nich nagle zatrzymuje się i spogląda w dal. Jego lśniące oczy są skupione, jego spragnione ciało drży. Nagle opuszcza grupę, pędząc ponad zieloną trawą, a jego nogi poruszają się wciąż prędzej i prędzej.
To ty zostałeś dostrzeżony, a kiedy ty i twój najlepszy przyjaciel wreszcie się spotykacie, obejmujecie się w radosnym połączeniu, by nigdy już się nie rozłączyć. Deszcz szczęśliwych pocałunków pada na twoją twarz, twoje ręce znów pieszczą ukochany łeb; patrzysz znów w ufne oczy swego przyjaciela, który na tak długo opuścił twe życie, ale nigdy nie opuścił twego serca.
A potem przekraczacie Tęczowy Most - już razem... "
Wydaje się, że dopiero co przybył do naszego domu mały szczeniak. Mówiono mi, że jego dorastanie będzie doskonale widoczne, że w wieku 2 lat będziemy mieli psa, który stanie się niedotykalski, a właściciela będzie tolerował tylko jako żywiciela.... Ale tak się nie stało - Bolton co prawda urósł, stał się wielkim psem, ale charakter pozostał mu do końca ten sam: towarzyski, przyjacielski. Zawsze lubił być w centrum uwagi. Do końca pozostał tym samym wesołym szczeniakiem jakiego przywiozłam z Pragi.
To dzięki niemu pokochaliśmy tę rasę - to on wniósł największy wkład w jej propagacje nie tylko w naszym kraju. To on obalał stereotypy związane z wilczakami....To on stał się jednym z najlepiej rozpoznawanych i najbardziej znanych psów tej rasy. Nie z powodu urody, ale z powodu magicznego charakteru.
Pokazał nam, że wilczak to nie wilk-samotnik, który swoją rodzinę ledwo co toleruje. Pokazał, że wilczaki mają o wiele więcej zalet niż opisano w reklamach, ale i o wiele mniej wad niż wymieniali ich przeciwnicy. To on nauczył nas jak powinno się traktować CzW, jak wychowywać psy tak, aby unikać błędów. To wiedza zdobyta dzięki niemu pomaga obecnie wielu nowym właścicielom w tym, jak powinni wychowywać swojego szczeniaka...
Na wystawach Bolton uczył sędziów, że wilczak nie musi być strachliwy, że może być miłych psem, którego spokojnie można pogłaskać, że wilczaków nie trzeba omijać łukiem, a zębów sprawdzać im z odległości min. 2 metrów. To on nauczył się rozpoznawać i przyjacielsko witać sędziów, których miał okazję już widzieć na ringu. To on dostawał dzikiej radości, gdy któraś sędzina wymawiała słowa "Jaki piękny wilczak...". Może dlatego sędziowie odwdzięczali mu się taką samą sympatią, może to dlatego stał się jednym z najbardziej utytułowanych psów tej rasy w historii.... Dzięki swojemu charakterowi był rzeczywiście niepokonany....
Ludziom pokazał, że pies tej rasy nie musi wśród ludzi chodzić w kagańcu. Że nie rzuca się na obcych. Że wilczak to nie pies, który w wieku 2 lat odrzuca wszystkie przyjaźnie i gotów jest zaatakować nawet swojego właściciela. Pokazał, że CzW może być zarówno doskonałym obrońcą, jak w psem kochającym gości i odwiedziny. A największe zagrożenie sprawiał usiłując skoczyć im w ramiona. To on czynił obowiązki pana domu. Zawsze musiał powitać nową osobę, przyjąć należne mu pochwały i zachwyty, a potem najlepiej położyć się w pobliżu, aby każdy miał szansę go pogłaskać. Oj, nie był psem, którego się zapominało, czy też którego można było przeoczyć...

W naszym stadzie był niewątpliwym alfa - nieczęsto spotyka się psy o tak mocnym i dominującym charakterze, którego przewagę uznają inne samce nawet nie próbując mu się stawiać, bez mierzenia sił - wiele 'ostrych' psów zmieniało się przy nim w szalejące szczeniaki. Pokazał nam, że przywódca nie zyskuje swojej pozycji agresją, ale swoim charakterem i charyzmą. Pokazał, że przywódca to nie najbardziej agresywny i największy osobnik, ale najmądrzejszy i najsprawiedliwszy. To dzięki niemu uczyliśmy się jak "rządzić" stadem bez używania siły, kolczatek i bzdurnych tez samozwańczych pseudo-specjalistów, którzy napisali setki porad o tym jak ostro człowiek musi traktować psa, aby ten mu się podporządkował. Pokazał, że po dobroci osiągnie się o wiele więcej...
  W szkoleniu pokazał jak bardzo inteligentne potrafią być wilczaki - że sukces szkoleniowy nie bazuje u CzW na tym, aby pokazać, że jest się silniejszym, ale że jest się mądrzejszym. Znał 100 sposobów jak nie ćwiczyć jeśli nie miał odpowiedniej motywacji, ale i zawsze z ogromną radością maszerował po placu, jeśli tylko zobaczył w ręce jakiś smakołyk. Nie lubił obrony - nie widział żadnego powodu dlaczego ma gryźć tego krzyczącego pana, który ani mu nie zagraża, ani mu nic nie zrobił. Ale gdy sprawy przybierały poważny obrót ZAWSZE mogłam liczyć na niego jako na obrońcę... Nigdy w takim przypadku mnie nie zawiódł... |

Walcząc z chorobą pokazał też jaką siłę kryje w sobie ciało wilczaka. Dwa tygodnie temu wrócił ze spaceru kulejąc - byliśmy o takiej możliwości uprzedzeni przez weterynarza - mówił, że prędzej czy później tak się stanie. Bolton był ogromnym, ciężkim wilczakiem i niestety było pewne, że z wiekiem zaczną go gnębić choroby dotykające dużych ras - problemy ze stawami, kulawizny... Wyglądało, że Bolton naciągnął sobie tylko jakiś mięsień i rzeczywiście niedługo jego stan się polepszył. Jednak we wtorek Bolton był nieswój i smutny. Nie miał apetytu, był osłabiony. W środę rano pojechaliśmy do jednej z najlepiej wyposażonych polskich klinik, która znajduje się w Zielonej Górze. Badanie rentgenowskie pokazało, że śledziona ma nieregularny kształt. Podczas pobrania krwi weterynarz mówił, że widać, iż Bolton ma lekką anemie. Nie była to 'lekka' anemia - wyniki badania krwi były tragiczne. Pies w takim stanie wcale nie powinien chodzić, nie mówiąc już o posikiwaniu krzaczków po innych psach odwiedzających klinikę. Badanie USG wykazało raka śledziony - potrzebna była operacja, która miała uratować Boltonowi życie. Ale najpierw trzeba było go wzmocnić. Kroplówka i zastrzyki przyniosły pożądany efekt - w czwartek Bolton tryskał zdrowiem - operacja została umówiona na piątek. Choć w nocy stan Boltona się pogorszył to w piątek rano ponownie był na nogach. I w siódmym niebie, bo mieliśmy gości. Z zadowoleniem robił za pana domu, tryskał dobrym humorem. A my byliśmy pełni nadziei... którą rozwiała wizyta w klinice. Serce Boltona było słabe, operacja ryzykowna, ale była jedyną szansą. Ale i ta iskierka zgasła niedługo potem - okazało się, że rak rozwinął się z przodu klatki piersiowej, zaatakował mięśnie, zrobił przerzuty na wątrobę i inne organy. Dopiero, gdy dotarł do śledziony doszło do pęknięcia guzów i wylewów, które dały widoczny efekt. Nawet w przypadku powodzenia operacji zostało mu kilka dni życia. Za radą pani weterynarz zdecydowaliśmy się nie narażać go na zbędne cierpienia i ból...
Bolton odszedł 08.12.2006 niedługo przed godziną 17:00. Za 5 dni skończyłby 8 lat...
Gdy auto z Boltonem wjechało na podwórko zapadła martwa cisza - nie szczękała nawet Dora. Żaden z psów nie wydał najmniejszego dźwięku. Bolton spoczął obok swojego rówieśnika - Hokiego.
Wieczorem rozległo się smutne zawodzące wycie - stado żegnało swojego najstarszego członka i długoletniego przewodnika....
Page created in 0,810842990875 seconds.